fbpx

MDB #26: San Juan Chamula: szamani w kościele

przez Piotr Łącki

San Juan Chamula stanowi zdecydowanie najbardziej niezwykłe miejsce na trasie naszej podróży. Bo jak inaczej nazwać miejsce, gdzie w przestrzeni kościoła uzdrawia się przy pomocy bimbru, coli oraz kur? Zapraszam na synkretyzm religijny po meksykańsku.

 

 

México siempre fiel

 

Jakiś czas temu pisałem o naszej wizycie w sanktuarium w Guadalupe w México City . Pojawiło się tam hasło México siempre fiel, czyli Meksyk zawsze wierny, pokazujące przywiązanie mieszkańców tego kraju do katolicyzmu.

Gdy jednak spojrzy się szerzej na historię tych ziem, to jakoś podświadomie pojawia się pytanie: co stało się z prekolumbijskimi wierzeniami? Czy krwawa konkwista wymazała tak ważny element tożsamości, jakim jest życie duchowe i jego celebracja? Czy może doszło do fuzji i połączenia obu tych porządków?

O ile na poziomie makro śmiało można stwierdzić, że katolicyzm zwyciężył i dla wielu stał się filarem tożsamości narodowej (co dumnie głosi przytoczone na początku hasło), to na poziomie mikro można znaleźć  ciekawy synkretyzm, w którym święci współistnieją z uzdrowicielami, alkoholem oraz żywymi kurami w przestrzeni…kościoła. Zapraszam do San Juan Chamula.

 

Jak trafiliśmy do San Juan Chamula?

Przewodnik Lonely Planet o Meksyku na niemal 900 stron. Kupuje przewodniki tej marki głównie ze względu na dokładne mapy poszczególnych miejscowości, co ułatwia logistykę. To oraz krótkie opisy miejsc są ich największymi zaletami. W każdym razie, gdy chcę choć wstępnie zaplanować trasę, to przekartkowanie takiej bestii trwa naprawdę długo, a setny opis, że coś warto i że wyjątkowe jakoś zlewają się w całość.

O wiele lepiej spotykać się z ludźmi. Akurat mieliśmy to szczęście, że kilka miesięcy wcześniej nasi znajomi byli w Meksyku. Rankiem wsiedliśmy więc do autobusu zmierzającego do Krakowa i przez cały dzień spisaliśmy słowa z ich ust, wkomponowując ich opowieść w nasze podróżnicze potrzeby. Tak dowiedzieliśmy się o San Juan Chamula. Grześ opowiedział o tym miejscu z błyskiem w oku i zgodnie z Moniką stwierdzili, że to miejsce trzeba koniecznie zobaczyć.

Tajemniczość tego miejsca spotęgował jeszcze fakt, że obrzędów odbywających się w kościele nie można fotografować. Wielu osobom może wydawać się to jakimś archaicznym przesądem. Szczególnie w obrazkowym świecie, w którym żyjemy. Pozostaje tylko opowieść z ust do ust. Od tych, którzy tego doświadczyli do tych, którzy się tam wybierają. Podobnie, jak dawniej tworzono podania ludowe. Niesieni głosem opowieści wpisaliśmy San Juan Chamula na naszą listę.

 

Droga do San Juan Chamula

Przygoda zaczyna się już w momencie wsiadania do busika, który z San Cristobal zmierza do tej kilkutysięcznej miejscowości. Z rozmów współpasażerów nie byłem w stanie nic zrozumieć. 1/4 mieszkańców stanu Chiapas, w którym się znajdowaliśmy, stanowią Indianie. Ciągle posługują się własnymi językami. W przypadku San Juan Chamula są to Indianie z plemienia Tzotzil.  Podobno 90% dzieci do 9 roku życia nie zna hiszpańskiego. 10-cio kilometrowa trasa jest bardzo malownicza, a kończy się na głównym placu miasteczka, gdzie w niedzielę króluje niepodzielnie targowisko.

Cel podróży widoczny jest od razu. Pośród ferii kolorów targowiska i otaczających budynków (wybija się na tym polu miejscowy ratusz) widoczna jest śnieżnobiała fasada z zielonymi obramowaniami i zdobionym portalem wejściowym. Fasada na tle intensywnie błękitnego nieba wygląda niesamowicie. Widoczna są lata budowy: 1522-1524.

 

Miejscowi po prostu wchodzą do kościoła, turyści zaś muszą udać się do kasy, by nabyć bilet wstępu. Za 25 peso (5 zł) kupuję się bilet do innego świata, a przed wejściem zostaję po raz kolejny poinstruowany, że robienie zdjęć oraz używanie telefonu jest zabronione.

 

San Juan Chamula – wnętrze kościoła i obrzędy

Przekraczając próg świątyni, moje oczy powoli przyzwyczajają się panującego we wnętrzu półmroku. Kilka podłużnych jarzeniówek na obu dłuższych ścianach to całe nowoczesne oświetlenie. Wnętrze rozświetlają jednak setki świec, rozstawionych na podłodze oraz długich drewnianych stołach przed rzeźbami świętych.

O ile bryła budynku nawiązuje do katolickiej tradycji, to będąc we wnętrzu ma się do tego poważne wątpliwości. Jedyny krzyż, na oko 5-cio metrowy, stoi pod ścianą po prawej stronie od wejścia, w mało znaczącym miejscu. Ołtarze pozbawione są obrazów, widać tylko puste ramy. Łączność z katolicyzmem zapewniają dziesiątki rzeźb świętych. Choć, gdy podejdzie się bliżej, wiele z nich wygląda jak przerośnięte porcelanowe lalki z dużą ilością makijażu. Do tego mają na piersi zawieszone zwierciadła. Całość nieco jak z horrorów klasy B.

W kościele nie ma miejsc siedzących. Nie ma żadnych ław. Cała podłoga pokryta jest sosnowymi igłami i to właśnie na nich siadają całe rodziny, by oddać się obrzędom.

Rytuały mają bardzo osobliwy charakter. Ich obowiązkowym elementem jest miejscowy bimber, coca-cola, świece, jajka bądź żywa kura. Najpierw rozpalane są świece. Jest ich kilkanaście, w różnych rozmiarach. Przyklejane są bezpośrednio do marmurowej posadzki. Szaman-uzdrowiciel przewodzi modlitwie przed świętymi obrazami, korzystając kolejno że zgromadzonych darów. Jego zadaniem jest przepędzenie złych duchów, które opętały chorego. Ofiarą jest kura, finalnie zabijana gołymi rękoma.

Nie wszystkie obrzędy wymagają poświęcenia kury czy obecności szamana. Widziałem całkiem sporo grup wyposażonych w alkohol, colę, świece i jajka. Wydaje się więc, że rytuał zależy od rodzaju dolegliwości. W jednym przypadku matka dotyka nóg swojego dziecka lokalną rośliną.

Dogasające świece wyznaczają zakończenie obrzędów. Gdy tylko rodzina się oddali (w rytuałach uczestniczą również dzieci), pojawia się obsługa świątyni, która kilkoma szybkimi ruchami usuwa ogarki z posadzki. W ten sposób tworzy miejsce dla kolejnych przybywających na modlitwę.

W ciszy świątyni dzieją się rzeczy ważne, choć trudne do nazwania czy opisania. Trudno przy tym orzec, ile w tym katolicyzmu a ile indiańskich wierzeń. Oficjalna wersja mówi o fuzji tych dwóch porządków, choć przebywając tam nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że mam do czynienia z indiańskimi obrzędami w katolickich dekoracjach.

 

Od 27.01.2019 przez 5 tygodni zapraszam na daily bloga z podróży po Meksyku. Jedziemy we dwójkę, z plecakami. Lokalnymi środkami transportu będziemy odkrywać najciekawsze miejsca na południe od Mexico City. Zapraszam codziennie o 18:00 na kolejny wpis na bloga 🙂 Wszystkie wpisy znajdziesz pod tym adresem: plecakpodroznika.pl/podroze/meksyk

Dowiedziałeś się czegoś ciekawego? Chcesz być na bieżąco? Polub plecakpodroznika.pl na Facebooku!  Każdy lajk daje zastrzyk pozytywnej energii do dalszego pisania. Z góry dzięki! 🙂 

Przeczytaj również

Close