fbpx

MDB #28: Laguna Bacalar – mniej znany Jukatan

przez Piotr Łącki

Jukatan kojarzy się wielu osobom z resortami położonymi na południe od Cancun. Sporo backpackerów wybiera się do Tulum, by odwiedzić niesamowite ruiny oraz skorzystać z mniej uczęszczanej plaży. Warto jednak wyruszyć jeszcze dalej, prawie pod granicę z Belize, do Bacalar, by odkryć mniej znany Jukatan. A na miejscu nic nie robić.

 

Poranek

O Bacalar sporo słyszeliśmy. To miejsce pojawiało się w internecie oraz w opowieściach innych backpackerów. Od początku planowaliśmy kilka ostatnich dni spędzić leniwie na pływaniu i plażowaniu. Postanowienie stało się jeszcze silniejsze, gdy pogoda w kratkę dość szybko wygoniła nas na początku wyjazdu z wybrzeża karaibskiego. Po zakończeniu zwiedzania ruin w Palenque wsiedliśmy w nocny autobus i przed świtem dotarliśmy nad naszą lagunę.

O 7:30 rano szliśmy z plecakami w poszukiwaniu hotelu. Szliśmy wzdłuż laguny, która mieniła się pięknym turkusem. Wokół nie było nikogo, tylko rzędy palm przy brzegu. Przez jakiś czas cieszyliśmy się widokiem. Już wtedy wiedzieliśmy, że podjęliśmy właściwą decyzję. Później jednak ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Powrót na Jukatan jest bolesny dla portfela. Ceny pokoi prywatnych wzrastają o 50-100% w stosunku do innych części kraju. Cena rośnie jeszcze bardziej, jeśli chcecie mieszkać w pierwszej linii. Najtańszą opcją jest camping (nie musisz mieć swojego namiotu), ale na to mieliśmy zbyt dużo sprzętu.

Postanowiliśmy szukać dalej. Najlepiej z opcją natychmiastowego dostania pokoju, bo nie specjalnie chciało nam się czekać pół dnia na standardową porę meldunku. Chodziliśmy więc, oglądaliśmy pokoje i szukaliśmy czegoś sensownego. Tak trafiliśmy do Hotelu Bacalar Magico, gdzie za 600 peso dostaliśmy pokój z olbrzymim łóżkiem, łazienką i wielkim krzyżem na ścianie. Prysznic po prawie 30h w drodze z San Cristobal przez Agua Azul, Misol-Ha i Palenque był nadwyraz przyjemnym doświadczeniem.

Bacalar – mniej znany Jukatan

Bacalar to nazwa przepięknej laguny oraz miasteczka w południowej części Meksyku, przy granicy z Belize. Rozciąga się na długości ponad 60 kilometrów, a wyłożona jest bialusieńkim piaskiem. Gdy tylko wychodzi słońce cała laguna mieni się różnymi odcieniami błękitu oraz zieleni. Uzyskujesz tak niesamowite zdjęcia, że wielu ludzi szczerze Cię znienawidzi za ich umieszczanie w internecie 😉

Sama miejscowość jest raczej senna, choć na tyle turystyczna, że nie brakuje miejsc z bardzo dobrym jedzeniem i kawą (ceny jak we Wrocławiu). Świetnie się to zgrało z naszą potrzebą kulinarnej odmiany. Wiele z restauracji i knajp położonych jest przepięknie, z widokiem na lagunę. Można tam siedzieć godzinami i cieszyć oczy kolorami. A później wjeżdża na stół coś takiego.

Bacalar – co warto zrobić?

Bacalar wprost idealnie nadaje się na nicnierobienie. Z pełną premedytacją poświęcałem się gorliwie takim zabiegom przez całe trzy dni (Sandra musiała trochę pracować). Jedynym wysiłkiem, na jaki sobie pozwalałem było dojście do miejskiego kąpieliska (hiszp. balnearios), rozłożenie ręcznika i nieco pływania.

Do większego ruchu zmusił nas dopiero pusty bankomat. W miejscowości są dwa działające bankomaty. Jeden postanowił nie akceptować kart innych banków (zagranicznych i meksykańskich). Drugi był pusty. Różne wysiłki, by jednak plastik zamienić na pieniądz spełzły na niczym. Utwierdzając nas w przekonaniu, że w Bacalar cały wysiłek jest zbędny i niepotrzebny. Lepszy relaks. Niepodważalny dowód owej teorii objawił się wieczorem – pusty bankomat okazał się ponownie pełny. Wniosek: gdy w Bacalar coś dzieje się nie po Twojej myśli, lepiej nie robić nic i poczekać, a sprawa się sama rozwiąże. Wniosek alternatywny: zabierz zapas gotówki.

Gdyby jednak stan konta i poziom energetyczny organizmu nakazywał większy wysiłek, to do wyboru są wycieczki po lagunie (motorówką albo żaglówką; to jednak żaden wysiłek), kajaki do wynajęcia, wschód lub zachód słońca na padling board. Chcieliśmy zrobić wycieczkę motorówką, ale w ostatni dzień pobytu, gdy byliśmy zwarci i gotowi, zepsuła się pogoda. Czyli jednak tajemne moce postanowiły trzymać nas w mackach nicnierobienia. Uwierzyliśmy bóstwom Majów i poszliśmy na piwo. Tak upłynął dzień, wieczór i poranek aż do momentu odjazdu do Cancun.

P.S. Zdjęcia w tym wpisie były robione z brzegu. Widzieliśmy fotografie z wycieczek i są trzy razy piękniejsze.

P.P.S. Na koniec kilka miejscowych murali.

 

 

Od 27.01.2019 przez 5 tygodni zapraszam na daily bloga z podróży po Meksyku. Jedziemy we dwójkę, z plecakami. Lokalnymi środkami transportu będziemy odkrywać najciekawsze miejsca na południe od Mexico City. Zapraszam codziennie o 18:00 na kolejny wpis na bloga 🙂 Wszystkie wpisy znajdziesz pod tym adresem: plecakpodroznika.pl/meksyk

Dowiedziałeś się czegoś ciekawego? Chcesz być na bieżąco? Polub plecakpodroznika.pl na Facebooku!  Każdy lajk daje zastrzyk pozytywnej energii do dalszego pisania. Z góry dzięki! 🙂 

Przeczytaj również

Close